fbpx

Mamo kup cegłę, czyli rzecz o kursach internetowych

kobieta wybierająca kurs

Czarna dziura rynku kursów internetowych

W moim przekonaniu kursy internetowe są dzisiaj mniej więcej tym, czym były garnki dla ostatniej dekady. Kojarzycie te spotkania, prezentacje, często firmowane przez znane nazwiska, mające wzbudzić w nas efekt autorytetu. Na przestrzeni ostatnich kilku lat doszło do tak znacznego rozrostu, i tak dużego rozmnożenia w obrębie tej gałęzi biznesu, że zwyczajnie nietrudno się przysłowiowo “naciąć”. Wiem to z własnego doświadczenia, wiem o tym także z doświadczeń dziesiątek kobiet, z którymi przy okazji powstawania tego wpisu rozmawiałam.  

Zdarzają się takie momenty w rozwoju gospodarczym, że na rynku produktów i usług powstają czarne dziury. Są to obszary w których biznes rozwija się bardzo szybko, jednak legislacja za tymi zmianami nie nadąża, a dziś w dobie szybkiego marketingu, który z dużym natężeniem może oddziaływać na każdego z nas poprzez media społecznościowe, wszelkie luki prawne i zwyczajowe można szybko obrócić nie tylko na korzyść biznesu, ale i na znaczącą niekorzyść konsumenta. Bo często do tego sprowadza się ta zależność. Biznesy, które pompują ogromne pieniądze w proces wsparcia sprzedaży są nastawione na zysk, nie natomiast na satysfakcję klienta, czy też zwyczajnie na uczciwy bilans stosunku wartości produktu lub usługi do jego faktycznej ceny. Mówi się, że wartością produktu wyrażoną w złotówkach jest to, ile ktoś będzie w stanie za niego zapłacić, i dziś faktycznie, w większości przypadków na tym opiera się polityka cenowa w obrębie kursów.

Mamy obecnie na rynku polskim niejednokrotnie absurdalne sytuacje ocierające się i zjawisko lepkości cen i oligopolu. Szczególnie jeśli na myśli mamy szeroko pojęte kursy IT. Nie będę już nawiązywać do 100% ściem, które krążą w przestrzeni internetowej. O niby-darmowych kursach, które wymagają jakiś zagadkowych wpłat lub aktywności. O kursach, które gwarantują Wam tajemne sztuki perswazji, które obiecują, że zrobią z was mistrzów sprzedaży w tydzień i inne podobne dziwolągi. Tutaj, jak sądze każdy powinien już dokonać prostej wewnętrznej kalkulacji – na ile realne i na ile uczciwe są założenia samej merytoryki kursu. Z drugiej strony zwykła karma podpowiada – nie oczekuj, że zostaniesz potraktowany fair, jeśli łapiesz się na lep kursu o skutecznej perswazji. Innymi słowy, jeśli celem twojego kursu jest nabycie etycznie wahadłowej umiejętności lub umiejętności, które mają posłużyć ci do zwykłego “oszukiwania” ludzi nie oczekuj, że zostaniesz potraktowany ulgowo – wchodzisz do tej samej rzeki. Ale nie o tym chciałam pisać, te kursy są ewidentne – ewidentnie patologiczne w moim osobistym odbiorze i mogę jedynie szczerze współczuć osobom, które chciałaby w ten sposób się wzbogacać. Sieć jest pełna nierzetelności, nieuczciwych zamiarów i złych praktyk konsumenckich – jeśli więc nie nie czerpiecie informacji z zaufanego źródła, zwyczajnie dzielcie je przez 10 i pijcie przez słomkę – p o w o l i.        

Edukacyjny biznes

O tym, że  z edukacją w naszym na naszym rodzimym podwórku nie jest najlepiej, nie muszę chyba nikogo przekonywać. No jest. I potwierdzi to większośc studentów, uczniów, czy rodziców. Potwierdzą to osoby, które samodzielnie finansowały studia podyplomowe, kursy doszkalające i tym podobne. Stosunek ceny do surowca jaki zostaje nam dostarczony jest żeby nie powiedzieć nieładnie – nieproporcjonalny. Dodatkowo nadal tkwimy w takim jakimś zawieszeniu pomiędzy tym, że edukacja taka jak jest ma się podobać bo innej nie ma i nie będzie, a tym, że oto stajemy w prześwicie do konkurencyjnego świata specjalistycznych kursów w stylu amjerykańskim. Sporo kosztują, są wsparte dobrym marketingiem i często też są dopracowane merytorycznie. Oczywiście Polak potrafi, w kalce zachodnich, czy też czasami wschodnich, modeli edukacji dodatkowej polak postanowił szybko zarobić. Bo tak to już jest, wysyp kursów od rodzicielskich, przez mentoring, do florystyki, statystyki. Spoko. Ja osobiście uwielbiam uczyć się nowych rzeczy, nie uwielbiam natomiast widzieć, jak bardzo nabijani jesteśmy w butelkę. Nie chcę aby ten wpis zostawił w was przekonanie, że nie ma dobrych kursów, – jasne że są. Są drogie, bajońśko, 90% z nas na taki kurs po prostu nie stać, bo są to kursy dla specjalistów, dla osób które pierwsze kroki mają już za sobą, dla osób, które szukają drogi rozwoju, ale rozwój to nie przebranżowienie, rozwój to nie wchodzenia na zielono w nowy nurt, rozwój to stabilna sytuacja, która umożliwia dalszą ekspansję. Do meritum. Tak, jest wiele świetnych kursów, które prowadzą prawdziwi specjaliści, ich celem nie jest sprzedanie produktu, ich celem jest przekazanie wiedzy, pasji i umiejętności, ale jest to procent. Nieznaczny. Naprawdę nieznaczny. Tak nieznaczny, że prawdopodobieństwo, że wpadniesz na niego przypadkiem – jest zwyczajni znikome. Bardziej prawdopodobne, że wpadniesz zamiast tego w pułapkę, która została na ciebie zastawiona.

Dla mnie jak dotąd najbardziej wartościowe były kursy, które twórcy udostępniali zupełnie nieodpłatnie. Tak, robią tak ludzie, których pragnieniem jest dzielić się swoją pasją i wiedzą. Może cię zaskoczę, ale jest ich całkiem sporo.

Jak działa ten patent

Nie potrafię policzyć jak wiele razy w ciągu ostatnich miesięcy zadawałam sobie pytanie – dlaczego ludzie się na to łapią. Bo pytanie o to, dlaczego firmy stosują nieuczciwą grę marketingową jest już niemodne. Nikt już o to nie pyta, wiadomo, marketing to nie jest gra informacyjna, wiadomo można nagiąć prawie każdą granicę. Chociaż czasami zastanawiam jak ci ludzie śpią po nocach, bo ja i wiele osób, które znam branżowo ze środowiska marketingu nigdy nie posunęło by się do takich praktyk. Ale jak sądzę – kwestia sumienia. Jak mawiał, czy pisał Jerzy Lec, “sumienie mam czyste – nieużywane”. 

Słuchając jednak historii, które zostały mi opowiedziane potrafię wyciągnąć jeden ogólny wniosek. Ludzie wierzą instytucjom edukacyjnym. Ot po prostu. Jeśli tylko firma potrafi obronić i zaprezentować ten wizerunek ma ciepło. Zaufanie zdobywa bonusem. Tak mamy społecznie, wpojono nam szacunek dla funkcji edukacyjnej, dla osób które z edukacją są związane, my dzisiejsi rodzice, młodzi dorośli, czy starzejący się nastolatkowie 🙂 tak mamy. Zabawna sprawa, że nawet gdy zdroworozsądkowo widzimy, że sytuacja jest patowa, że zostaliśmy celowo wprowadzeni w błąd, wykorzystani, no nie bójmy się powiedzieć – oszukani. Nawet wtedy coś tam każe nam nisko się ukłonić i schować do swojej szarej jamy. Czasami nam wstyd, czasami zwyczajnie trudno nam poradzić sobie z tym dysonansem, dobrego edukacyjnego i złego marketingowego. Pamiętajcie marketing, reklama wszystko to, co widzicie jest częścią produktu, nie słuchajcie komunikatów, które wmawiają wam że ktoś tam nie wiedział, że promocję obsługuje firma zewnętrzna – NO NIE! Nie, nie i nie. Marketing jest częścią produktu, strategia marketingowa jest strategia firmy, nie wiedziałeś panie prezesie co się dzieje, nie dopełniłeś swojego obowiązku. Drogi sprzedawco informujesz klienta o cechach produktu wiedząc, że nie są one zgodne z prawdą, zrób rachunek sumienia, to nie jest tylko praca, nie istnieje zjawisko “tylko pracy”, są natomiast ludzie którzy podejmują decyzje i te decyzje są ich odpowiedzialnością. Pracujesz dla firmy, która prowadzi nieuczciwie praktyki konsumeckie? Działasz wbrew własnemu sumieniu? Zmień tę pracę. A jeśli robisz to pomimo swojego sumienia, to może tak naprawdę go nie posiadasz.

Zanim powiesz TAK

Po pierwsze zastanów się dwa razy nad tym do czego ten kurs jest tobie potrzebny i co o nim wiesz. Ostrzegam wszystkich aby nie zawierać umów tylko i wyłącznie na podstawie rozmowy telefonicznej, błagam, proście o informacje o zapis umowy w postaci pliku dostarczonego na waszą skrzynkę mailową. Każdorazowo należy się najpierw zapoznać z takimi warunkami, uwierzcie mi, że po ich przeczytaniu możecie szybko zmienić zdanie.

 

Nie polegajcie na autorytetach – to nie osoba w kółeczku będzie pracować na twój sukces ale ty, to że w prospekcie kursu pojawia się ładne zdjęcie, znana nazwa firmy czy nazwisko, nie oznacza jeszcze że jest on dobry, oznacza tylko tyle, że jest związany z tymi nazwiskami, firmami czy osobami. Podobnie jak fakt że dopisek “akademicki czy uniwersytecki” nie gwarantuje kompletnie nic, oprócz tego, że zajmuje jakąś tam przestrzeń literkową. Bardzo często osoby uwiarygadniające dany kurs nie są odpowiedzialne za jego całokształt, są jakąś tam cegiełką, która zostaje użyta do wypromowania tego konkretnego produktu. Bardzo często pion nauczający kursu kompletowany jest na ostatni gwizdek. Zawsze, ale to zawsze czytajcie programy.  Jeśli są ogólnikowe i chaotyczne tego samego spodziewajcie się od kursu – chaotycznego i powierzchownego ujęcia tematu z ładną buzią i firmą w tle. Masz prawo oczekiwać konkretów, nie ma żadnego pogadamy później. Gdy kupujesz samochód najpierw dobijasz targu, a później czekasz na komisyjny przegląd? Nie, przyglądasz się w pierwszej kolejności i to jest bardzo dobra kolejność rzeczy.

Ograniczone zaufanie

Po prostu nie ufaj temu co czytasz w reklamie, artykule sponsorowanym, czy innej formie lobbowania tematu. Tak – lobby. Nie zapominaj, że to w artykule, w którym czytasz o cudownych karierach zrodzonych z przypadkowych i spontanicznie podjętych decyzji znajdujesz reklamę kursu. Nie zapominaj, że artykuły sponsorowane są jedną najbardziej skutecznych i najbardziej perswazyjnych metod skracania dystansu do produktu lub usługi. Tak już jest, że czytając uruchamiamy głęboką wyobraźnię, utożsamiamy się, przeżywamy wspólnie jakiś krótki lub dłuższy scenariusz, stajemy się wrażliwi na to, co może nam zostać zaimputowane. Matko, walcząca z hormonami 24 na dobę – miej to w pamięci, miej w pamięci, że jesteś mega łatwym celem.  

 

Przedsiębiorca czy konsument – popularny haczyk. Zgodnie z naszym prawem potwierdzając miłej pani przez telefon, że kurs wykorzystacie dla celów prowadzonej działalności gospodarczej lub zawodowej, wyłączacie się dobrowolnie z ochrony konsumenta. Co to oznacza, oznacza dla przykładu, że nie obowiązuje was prawo odstąpienia od umowy w 14-dniowym terminie, do czego jako konsumenci jesteśmy już przyzwyczajeni. Do tego firmy często-gęsto zapewniają klientów o prawie 14-dniówce, o tym że mogą sobie oni na spokojnie kurs w udostępnionym zakresie oblukać i oczywiście zrezygnować, jeśli tylko nie zaspokaja ich oczekiwań, oczywiście zaraz po tym miła Pani pyta czy kurs wykorzystacie dla celów zawodowych (no jaha że tak, przecież chcę mieć nowy zawód) i meksyk gotowy. Przy próbie wymiksowania się z umowy dział obsługi poinformuje was, że bardzo fajnie ale zapłacić i tak musicie. No lepiej się dwa razy zastanowić, a już najlepiej prowadzić takie rozmowy trybem – pisz do mnie powoli, jako i ja do ciebie piszę. Bezpiecznie, rozumnie i wszystko widać czarno na białym.

Gwarancje francje

Gwarancja zatrudnienia. Gwarancja rezultatów w 2 miesiące. Gwarancja jakości. Gwarancja, gwarancja… francja. Nie. Nikt nie zagwarantuje tobie zatrudnienia. Będą bardzo misternie zbudowane umowy, które doprowadzą do konkluzji, że chcielibyśmy, ale kurczę jakoś tak widzisz wyszło, sami nie wiemy, ot. Oczywiście, że to możliwe. Możliwe, co nie znaczy, że przydarzy się tobie. Czytaj mały druczek, czytaj umowę, czytaj aneks do umowy, czytaj, czytaj, czytaj. Nie zrozumiesz – pytaj. Nie ma innej drogi.

 

Jeśli ktoś twierdzi, że z poziomu planktonu zrobi z ciebie w 2 miesiące dinozaura, to albo jest idiotą, albo oszustem. Z dwojga złego wolę oszustów – oni przynajmniej myślą, nie do końca w dobrym kierunku, ale jednak jest proces. Nikt nie zagwarantuje tobie, że wiedza z którą stykasz się prawdopodobnie po raz pierwszy w życiu wejdzie w ciebie jak za sprawą czarodziejskiej różdżki, nikt nie zagwarantuje tobie, że los nie postanowi postawić na twojej drodze tuzina losowych zdarzeń, choroby twojej lub sezonu grypowego w przedszkolu twoich dzieci, tego że zepsuje ci się samochód, że twój obecny szef nie wpadnie w 30 dniowy ciąg zauważania twoich potknięć, czy tysiąca innych zupełnie abstrakcyjnych losowych wypadków, które mogą znacząco wpłynąć na twój progres w danym czasie. Ale co najważniejsze, nikt, absolutnie nikt nie może ci zagwarantować, że się do tego nadajesz. Bo tu cię może rozczaruje – nie każdy się do tego nadaje, nie każdy nadaje się do wszystkiego i jeśli chcesz wydać te ileś tam koła tylko po to aby boleśnie się o tym przekonać to ok – doświadczenia są warte każdych pieniędzy, ale jeśli rzeczywiście wierzysz w to, że kurs da ci pracę marzeń, uczyni z ciebie specjalistę na skalę kraju i że twoje życie odmieni się z dniem ukończenia kursu to proszę – zastanów się dwa razy. Ukończenie kursu to pierwszy stopień do krętej drogi jaką przyjdzie ci jeszcze pokonać. Zdecydowanie łatwiej idzie się tym torem jeśli wiesz już co cię czeka. 

 

Jeśli to twoje absolutnie pierwsze kroki w danej dziedzinie, zanim zdecydujesz się na kurs, kup książkę spokrewnioną z tematyka kursu. Kup i przeczytaj w tydzień. Mniej więcej z taką intensywnością najprawdopodobniej będziesz pracować – to po pierwsze, po drugie może się okazać, że już w połowie porzucisz ten plan, po trzecie może się okazać, że ta książka będzie większym merytorycznym wsparciem, niż ten konkretny kurs. 

 

Jeśli pojawiają się liczne gwarancje, które mogą budzić wątpliwości, a które przy okazji stają się głównym triggerem – powodem, dla którego chcesz zdecydować się na zakup – zapytaj ludzi. Niech ludź odpowie. Wrzuć zapytanie w sieć. Zapytaj internety, czy ktos może ci potwierdzić, że kurs taki i siaki rzeczywiście gwarantuje zatrudnienie, jednorożce, różową watę cukrową i lukier, tony lukru. Szybko zweryfikujesz stan rzeczy. Jeśli bowiem komunikat głosi iż zatrudnienie gwarantowane, wystarczy że znajdziesz jedną osobę, która z tym scenariuszem się nie skleja, jedna wystarczy, aby się przekonać że coś tu nie gra, 10 to już anomalia grupowa, natomiast każda kolejna zwyżka powoduje wyraźny defekt taktyki informacyjnej. Kto pyta internety ten …. ten …. dostaje odpowiedzi 🙂 O!

Gdy klamka zapadła

Pamiętaj, że z każdej sytuacji jest wyjście. 

W pierwszej linii przeszukaj swoje archiwa i wyłów z nich wszystkie dokumenty, regulaminy, umowy, postanowienia, również te dostępne tylko na www. Przeczytaj je. No jak nie wtedy, to chociaż teraz :P. Spoko byłam tam, to o mnie – nie oceniam.

Pamiętaj, że jako konsument masz prawo 14-dniowego odstąpienia od umowy bez podawania powodu – po prostu, dziękuję odstępuję od umowy, miłego dnia, do widzenia, jak dzieci? Z kulturą i po ludzku.

Pamiętaj, że masz prawo reklamować wadliwy produkt w tym taki, który nie spełnia twoich oczekiwań, który ma wyraźne wady, takie jak widoczne zaniechania organizacyjne utrudniające tobie proces nauki, wady techniczne, problemy serwisu, brak dostępności witryny i niski poziom merytoryczny, a także niezgodność faktycznej zawartości kursu z przedstawioną tobie wcześniej ofertą. Tutaj jest pewien problem natury czasowej, trudno nam ocenić czy będziemy zadowoleni z kursu jeszcze przed jego ukończeniem, zanim dojedziemy do końca – ale jednak, jeśli mam wątpliwości, nie jestem zadowolona, czy zadowolony to mam prawo zgłosić swoje zastrzeżenia, czy nawet zareklamować kurs. Nie zawsze regulamin kursofirmy jest tutaj wykładnią ostateczną.

 Jeśli staniesz pod ścianą spójrz na piramidę

https://www.uokik.gov.pl/sprawy_indywidualne.php

Skonsultuj swoja sprawę (znając już jej szczegóły) na infolinii konsumenckiej.

W dalszej linii udaj się do rzecznika praw konsumenta (odpowiedni ze względu na rejon). Czasami już ten krok brzmi na tyle poważnie, że udaje się sporo rzeczy wyprostować, firmy stają się bardziej skore do równoprawnej komunikacji no i po tygodniach przerzucania z działu do działu, od osoby do osoby (tak, to celowe działanie, skalkulowane na dezorientację i zaniechanie) zyskujemy dedykowany kanał komunikacji rzecznik – kursfirma.

Warto wyczerpać te kroki zanim zdecydujemy się rozwiązać sprawę na drodzę sądowej. Tak, niby takie eldorado, łąka zadowolenia, sukces, dobrobyt i szczęście, a jednak do sądu trafia tego całkiem sporo.

Co jeszcze możesz zrobić?

Możesz zapytać internety i nie bój się tego. No dobra, najpierw się bój, a później się złam i się obnaż we własnym interesie :). Zapytaj internety jakie mają doświadczenia z tym konkretnym kursem i tą konkretna firmą, być może już ktoś przechodził podobną drogę i jestem pewna, że wesprze cię swoja wiedzą.

Eldorado w IT

Zewsząd bombardują mnie informacje jakoby branża IT była w kwiecie rozwoju. Ciągły flow, drzwi obrotowe rozgrzane do czerwoności, ludzie wchodzą i wychodzą, zatrzęsienie ofert i nadal niedosyt rynku wielkości kanionu. Bzdura! Nic z tych rzeczy. Rynek już od dawna jest na tyle wysycony, że nie można tutaj mówić o żadnej utrzymującej się tendencji. Rynek się wysycił i to znaczny czas temu. Zjadł, wypluł, teraz powoli trawi, Zostało miejsce na deserek. I już jest spokojniutko. Pojawiają się wprawdzie rzuty na taśmę, ale nie jest to stała tendencja, to jest zwykła loteria.

Poznałam wiele historii kobiet, które nęcone wizjami rzeczywistości szybkiego przebranżowienia z gwarancją zatrudnienia zdecydowały się podjąć wyzwanie i wydać te naście tysięcy (umówmy się – to jest majątek) na kurs, który nie dość, że zrobi z nich wymiataczy w dziedzinie, w której teraz w najlepszym wypadku raczkują, to jeszcze gwarantuje im zatrudnienie. No bajka, żyć nie umierać. Brać póki gorące, no i jeszcze rabacik, ale tylko do jutra… I te historie są nierzadko dramatyczne. Nie podejrzewałam jak bardzo, bo na taki krok jak przebranżowienie rzadko decydują się ludzie w akcie nudy, “nie mam co robić, hajs stygnie na stole, a może tak kursik za 20 koła…”, no nie, nie tak. Na takie zmiany decydują się ludzie, którzy ich potrzebują. Czasami desperacko. Ludzie, którzy stoją przed trudnymi życiowymi wyborami i tak ludzie, ludzie, ale słuchajcie. Mówimy tu o matkach…. Kobietach, które już stają na rzęsach, żeby dać ze wszystkim radę, nie ma na świecie drugiego takiego stworzenia jak matka. Matka to jest godzilla, niezniszczalna, na pełnych obrotach, zawsze myśląca miesiąc do przodu z zawiasami do lat trzech, zawsze stawiająca na pierwszym miejscu dobro rodziny i zawsze żyjąca w poczuciu, że trzeba więcej i lepiej i wiecie co, złamały mnie te historie – zwyczajnie. Ja nie rozumiem, rozumiem dlaczego decydujemy się rzucić wszystko na szalę dobrobytu, gdy kończą się wyjścia awaryjne lub gdy zwyczajnie możemy sprawić, że życie naszej rodziny będzie lepsze, nie rozumiem natomiast jak można targetować tak brutalnie swoją ofertę i z takim nieludzkim wręcz wyrachowaniem nabijać ludzi, tych ludzi w butelkę. Poniosło mnie, ale dziewczyny, zastanówcie się dwa razy, czy warto stawiać wszystko na jedną kartę – tyle w temacie.

Słów kilka o motywacji

Przy okazji pisania tego przydługiego tekstu wielokrotnie różnego rodzaju podmioty dopytywały mnie o moje motywacje.

W trakcie poszukiwań osób, które chciałaby się podzielić swoimi kursowymi historiami trafiałam w różne miejsca, na różne strony, grupy. Ułamek z miejsc, do których pisałam zdecydował się na publikację mojego mini poszukiwania. Możliwe, że piszę po polsku ułomnie i nieskładnie, wiem jak naszprycowany literówkami i błędami jest prawdopodobnie ten tekst, ale możliwe także, że przepływ takich informacji nie jest na rękę obiektom witrualnym, które po ludzku zarabiają na ich reklamowaniu. Taki lajf. Przychód broni przychód, interes się kręci.

Jednak motywacja – moja motywacją jest uświadomienie zwłaszcza młodym mamą, że decyzje podejmowane pod wpływem impulsu i na podstawie chwytów marketingowych mogą je kosztować o wiele więcej niż te kilka czy kilkanaście tysięcy. Pół roku nerwów dla zdrowego człowieka to sporo, pół roku nerwów dla matki małego dziecka, to dawka która uderza w dwie osoby jednocześnie. Decyzja, o tym czy dochodzić swoich praw w przypadku tych kobiet jest często decyzją czysto ENERGETYCZNĄ. Oznacza to, że nie są w stanie podjąć takiego wysiłku energetycznego, czasowego, aby doprowadzić te sprawy do końca i konsekwentnie trzymać się swojego na przekór dobrze zorganizowanej siatce ochrony interesów kurso-firmy. Apeluję więc, znając kilka nieciekawych historii o to, by się chwilę zastanowić, by potraktować te rzeczy tak, jak wszystko czego dziś doświadczamy w przestrzeni konsumenckiej, jak możliwy choć niepotwierdzony scenariusz. Po prostu uważajmy.

Jeśli dobrnąłeś, dobrnęłaś ze mną do końca, znasz miejsca i osoby które mogą potrzebować takiego lekkiego otrzeźwienia – proszę udostępnij im ten wpis. Być może zmniejszy się ilość osób, które plują sobie w brodę. Ja osobiście wierzę w to, że kluczem jest zrównoważenie wpływu i na każde ileś tam komunikatów o fantastyczności kursów powinno być zrównoważone komunikatami i ich niefantastyczności. Dla bilansu percepcyjnego. Takżę tego, wysyłam w świat ten antyfantastyczny bilans końcowy.

Dziękuję wszystkim osób, które zdecydowały się podzielić ze mną swoimi historiami. Dziękuję za historie konsumentów, aa historie bardzo dzielnych Mam. Za głos zza drugiej strony kotary. Za perspektywę rekruterów i za nie zawsze łatwe do przyjęcia stanowiska osób zatrudnionych w firmach, o których piszemy. 

Mamo kup cegłę, czyli rzecz o kursach internetowych

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Przewiń do góry